11.12.2007, 16:16
Czeczenia
Michał Przedlacki
Kosmiczna sceneria z księżyca. To niegdyś 500tys. miasto żyło z przemysłu petrochemicznego. Wojna zrównała z ziemią wszystkie 4 rafinerie. Na byłych terenach przemysłowych głębokie na dwa metry doły sąsiadują jeden obok drugiego. Ludzie wykopują z ziemi ropę i sprzedają ją po procesie destylacji jako paliwo czy smary. Brudni, jakby żywcem przeniesieni z rewolucji przemysłowej XIX wieku, tyle, że i robotnicy, i lekarze, i nauczyciele, i urzędnicy. Wszędzie śmierdzi przemysłem petrochemicznym, gęsty kurz utrudnia oddychanie.
W zrujnowanych, usianych pociskami budynkach, w budynkach z dziurami od pocisków wielkości samochodów, tli się życie. Wywieszone za oknami, na silnym słońcu, suszą się ubrania. Dzieciaki jak wszędzie grają w piłkę, tyle, że nie działają ani wodociągi, ani kanalizacja. Ludzie instalują sobie małe zbiorniki na wodę, ustawione jeden obok drugiego przed blokami.
W zrujnowanych, usianych pociskami budynkach, w budynkach z dziurami od pocisków wielkości samochodów, tli się życie. Wywieszone za oknami, na silnym słońcu, suszą się ubrania. Dzieciaki jak wszędzie grają w piłkę, tyle, że nie działają ani wodociągi, ani kanalizacja. Ludzie instalują sobie małe zbiorniki na wodę, ustawione jeden obok drugiego przed blokami.





Drugi grudnia. Sypie śnieg, jest mroźno, a wieczorem na czarnym, nie rozjaśnionym blaskiem miasta niebie rysuje się delikatna, księżycowa łuna, okrąg, zapewne oparty o różnice temperatur. Na ekranie przypomina czarny kapelusz o ogromnym rondzie, ze srebrną szpicą i posrebrzanymi brzegami. Jak ulał pasuje do tego festiwalu kiczu „styled in Russia”, szczególnie zauważalnego, z krajów ościennych, w Osetii Północnej. Tam kobiety robią sobie z twarzy malowidła ścienne. Styl – Warhol epoki radzieckiego komunizmu plus kilka fantazyjnych dodatków. Obowiązkowo okulary przeciwsłoneczne wielkości połowy twarzy, o białych, grubych oprawkach, kontrastujące z przerysowanymi krwistą czerwienią konturami ust wielkości paszczy płetwala błękitnego
W mojej zupie, a raczej sousie, w barze Tamara na nazrańskim bazarze, pływa kula baraniego mięsa. Siedzę w ponurym boksie słuchając rozmów w boksach sąsiadujących. Kula ma przebarwienia i przypomina ziemię, łyżką okrajam jej kawałek i ładuję sobie do ust. Od tego patrzenia się przychodzi mi na myśl polityka. Ważne, że zupa jest gorąca, tłusta jak wszystko tutaj, i że mogą dolać.
Za czymś co było kiedyś ladą uwijają się starsze kobiety. W wielkich, powgniatanych i osmalonych garach gotują codziennie domowe jedzenie - dla klientów na bazarze, dla ludzi ze straganów. Można zamówić manty, lagmana, i żaroną kuricę. Od czasu do czasu bywa barszcz.
Jest jak na dworcu w Kutnie, tyle, że taniej.
(…)





Kolejny czwartek, niedziela, środa, skąpane w pocie pracy, najściach, problemach, chwilach spokoju z wydychanego papierosowego dymu. Ciężarówki się psują, budowy opóźnione, a my stoimy na postach i zgrywamy przed armią głupców, my nigdy nie mamy nic do ukrycia, obiecujemy torty, goździki i czekoladę, a nasi koledzy ze wschodu, równie wystraszeni co my, przyglądają się nam ze szczelin bunkrów skleconych z resztek bloków z wielkiej płyty. Tak było na Aczhoj-Martan, Hasaw-Jurcie, poście Gudermeskim, Urus-Martańskim i w Nowych Ałtagach. Tak myślę, iż nikt z nas nie jest winny, że się tutaj znalazł.
Pójdźmy poboczami dróg, tam gdzie czyhają miny przeciwpiechotne i przeciwpancerne, bo środek, asfalt pod którym nie da się kopać, zarezerwowano dla wojennej techniki, środkiem jadą wozy bojowe, od czasu do czasu nad głową przeleci helikopter, mieląc powietrze jak rzeźnik tym swoim whu whu whu whu rozszalałego rotora. Dzieci, w za dużych portkach jak po ojcu, z za dużymi karabinami i wykrywaczami metalu, spacerują gęsiego we wrześniowym słońcu. Gdyby zabrać im tą broń i kamuflaż, a zamiast hełmów założyć na głowy bejsbolówki, nie odróżniłbyś ich od chłopaków wracających po lekcjach ze szkoły.
Oprócz dzieci są tu jeszcze ci najemni, w chustach na głowach - ci grasują po górach, mając już wyrok od tego czy innego Boga, tych się przebrać nie da.
Za oknami jesień leniwie przesuwa się nad Kaukazem, trąc o niego falbanami chmur, mieniąc liście na złoto, brakuje tylko deszczu koloru purpurowej czerwieni. Niekiedy trafiamy w miejsca niedawnych zamachów bombowych, resztki spalonego metalu walają się po rowach, dziury po „zrywie” zasypuje się tu szybko, ale zemstę - rozpamiętuje. Za kobietę dwóch mężczyzn, za dziecko – pięciu, a po hotelach rozlepione plakaty, jak rozpoznać wybuchowe ustrojstwo. Czuć, że Rosja. W sklepowych lodówkach mrozi się wódka.
Zestawiam w sobie z każdym dniem przyczyny i spory, mnożę gigabajty fotografii, wypełnione naprędce zeszyty notatkami kreślonymi na kolanach – w tej szkole uczy się tyle dzieci, w tym szpitalu tyle budynków ma dziury w sufitach od bomb, w tym przedszkolu tylu inwalidów, a w tych rejonach Groznego nie ma jeszcze wody. I kartki te przelatują mi przez ręce, zestawione z tym, co możemy zrobić. Łata tu i łata tam, wycieramy gumką mozolne bazgroły wojny, stojąc przed ścianą płaczu sięgającą nieba, pisząc równie profesjonalne, co elokwentne „proposale” do unii europejskiej i innych.
Wystarczy odejść. Te dwie ulice od centrum, tam gdzie stały domy mieszkalne zamienione w groteskę przeróżnych form i kształtów. Tu wystaje wbity w ziemię przerdzewiały kawałek kabiny autobusu. Obok kopiec bloku usypany z połamanych cegieł. Na tym moście jeździ się slalomem pomiędzy dziurami z wywleczonymi, poskręcanymi ze sobą żyłami zbrojenia betonu. Mijam ludzi na ulicach. Ci starzy częściej zapatrzeni w przeszłość – taką, w której budynki są jeszcze zgodne z ogólnie przyjętą geometrią, gdzie rodziny spacerują razem w niedzielne wczesne popołudnia, gdzie kominy dymią sojuzem, a dzieci, zamiast wydobywać z Zawadzkiego złom, uczęszczają do szkół. Ci młodsi, lepiej dostosowani do nowego życia pośród hałd betonu, do republiki odradzającej się z wojen, skruszonej żelazną pięścią bezkompromisowych decyzji.
Każda wojna przynosi ze sobą smród. Najpierw ciał, potem odchodów. Walczący srają na gruzowiskach gdzie popadnie. Sra się też bombami, czasem wręcz - kupami tych bomb. Spadają z nieba jak krople deszczu i z pluskiem detonacji zatapiają życie.
Obok leżą pobite szyby, te wszystkie wojenne refleksje straszące po rowach. A z dziur rozbitego domu dla głuchoniemych znów ulatuje dym z kominka. Na przekór każdej filozofii ziejącej unicestwieniem z rozgrzanych luf różnych milimetrów.













25.10.2007
Big Day Over
27.10.2007 w "Cape Horn" w Łodzi kolejna odsłona imprezy dla amatorów dobrego gitarowego grania.
Tym razem zagrają: Afroporno, The Roosters, Day Before Death.
22.05.2007
Fotofestiwal - NIE!!!
Od 17 do 27 maja w Łodzi trwa Fotofestiwal. Tym, którzy już go zaliczyli serdecznie współczujemy, wahającym się stanowczo odradzamy. Są ciekawsze formy spędzania wolnego czasu. Od biedy proponujemy obejrzeć prace hiszpańskich fotografików prezentowane w ramach cyklu "All Inclusive". Rodzimą szamotaninę omijajcie szerokim łukiem.
17.05.2007
Afroporno i 19 Wiosen we Wrocławiu
Łódzkie kapele zagrają 19 maja we wrocławskim Centrum Reanimacji Kultury.
17.05.2007
BAUTATA
